Praca nad sobą

Kiedy człowiek wchodzi w duchowy świat, zaczyna czytać wszystko i po wszystko sięgać od razu. Innymi słowy, chciałby od razu osiągnąć Master Level. Tymczasem jest jak dziecko, które od razu chce być dorosłym i robi wszystko, by to osiągnąć. Zamiast zbudować podstawę, bazę wewnętrzną i stopniowo przechodzić przez wszystkie stopnie, poziomy, sięga od razu po działa armatnie i chce sięgnąć najwyższych punktów. Kiedy dla dziecka sen jest rzeczą normalną.

Na rynku mamy dziś mnóstwo „narzędzi” , które niby mają pomagać w duchowym wzrastaniu. Zaawansowane medytacje, ustawienia, warsztaty. Co tylko chcemy, to znajdziemy. Nie twierdzę, że to jest złe, pisałam już o tym, ale dla mnie podstawa to własne wnętrze. A do tego nic, co zewnętrzne nie jest potrzebne. Bez przejścia bazy, bez tych podstaw, nie ma sensu brać się za wyższe poziomy i głębsze narzędzia. Tymczasem mało ludzi ma w sobie tę cierpliwość, aby spokojnie czekać na swoje lekcje, na swoje gotowości. Widać tak też ma być.

Zawsze powtarzałam, że wszystko można znaleźć w sobie. Nie trzeba sięgać po więcej. Trzeba być cierpliwym i poczekać na daną wiedzę. Przyjdzie, kiedy będę gotowa. To wiem od samego początku. Jest jednak jedno „ale”… O czym dalej.

Jeśli już ktoś chce spróbować tego, co zewnętrzne, poza nami, to musi najpierw siebie ustabilizować. Kiedy ktoś nie jest stabilny, nie powinien sięgać po narzędzia, których nie będzie umiał wykorzystać należycie. Nie ma innego wyjścia, jak przejść od początku do końca wszystkie etapy, zamiast próbować od razu sięgać słońca. Można wylądować na szczycie góry helikopterem czy w jakiś inny skrótowy sposób dostać się na szczyt, jednak to nie oznacza zdobycia szczytu, ani zrozumienia tego, co trzeba przeżyć. Można iść skrótami, ale nie ma to sensu. Bo bez przejścia całej drogi, zaczynając od dolin, nie zrozumiesz szczytu, ani nie dostrzeżesz jego piękna i tych lekcji, jakie ci ta podróż miała udzielić.

Warto dodać, że to nic złego mieć dziś dołek. Smutek czy gorszy dzień, to nic złego. Norma każdego człowieka. Nie na tym polega stabilizacja, żeby każdy dół automatycznie naprawiać, ale by go dopuścić. I znieść to spokojnie. Ustabilizowanego człowieka taki dołek nie dotyka. Nie sięga on tego, co najważniejsze w nas. Ot, widzimy nasz smutek, zauważamy go i wiemy, że mamy do niego prawo. Mamy prawo do łez. Nie dotyka to naszego CENTRUM. Jesteśmy spokojni zarówno w radości, jak i w smutku czy we łzach. To CENTRUM, nasze wnętrze, jest stabilne i spokojne, bez względu na targające nami emocje. To CENTRUM, to jądro, ma jakby kopułę ochronną w głębi nas. Możemy mieć emocje, ale one nie dostają się do jądra. Bo wiemy, że emocje to tylko informacja dla nas a nie coś, co ciągnie nas w dół. I wiemy że dół, to też etap, jak każdy inny. Osoba nieustabilizowana będzie chwiejna i nie będzie tego rozumieć jeszcze. Pojawi się opór, chęć odrzucenia tego, odepchęcia. Emocje będą zmieniać się bardzo często, może zbyt często i będą dotykać, zmieniać nasze CENTRUM. Uderzają bezpośrednio w jądro, które nie nabyło, nie utworzyło jeszcze bariery ochronnej. Master Level natomiast, to dopuścić emocje do jądra. Pozwolić… By nas uczyły. Zdjąć kopułę ochronną, bo Dusza mówi, że to już niepotrzebne. I utrzymywać ciągle spokój, wiedząc to samo, co się wiedziało wcześniej. Że to wszystko lekcja, że nic nie pociągnie nas w żaden dół, bo dół nie jest zły. Bo muszę wyjść poza dobro i zło. Oj, trudna lekcja… Mega trudna.

Ale w tym miejscu, w którym jestem, nie ma już łatwych lekcji…

A kiedy siebie przepracujesz, przepracujesz tę podstawę, zdobędziesz i zrozumiesz bazę, nagle okazuje się, że już ci nie potrzeba tego, co zewnętrzne, bo wiesz, że dasz radę i bez tego. Już rozumiesz kolej rzeczy i to, że wszystko masz w sobie, a każda karta odkryje się przed tobą, kiedy nadejdzie czas.

Tak było w moim przypadku. Czasem w coś wchodzę, żeby obserwować, jednak bez oczekiwań. Niczego nie chcę osiągnąć. Nasze oczekiwania nie pomagają nam osiągnąć tego, co dla nas będzie lepsze, a pomagają osiągnąć to, co my uważamy za wartość. Tymczasem nasza wiedza jest zbyt mała i zbyt wąska, aby znać zamysły Wszechświata i to, co tak naprawdę nam pomoże.

Wielu ludzi stosuje te różne metody duchowe, narzędzia jako metodę autoterapii. Medytacja jest dla nich również metodą terapeutyczną. Tymczasem, gdzieś na jakiejś stronie, znalazłam komentarz kogoś, kto mówił o tym, że medytacja jest dla ludzi ułożonych już. Myślę tak samo. Tak, dopiero wtedy można wykorzystać tę medytację należycie. Bo medytacja to odnajdywanie siebie. Nie odnajdziesz w sobie, czego tam nie ma. Podchodząc w ten sposób do medytacji, że to nam pomoże ułożyć nas samych i znajdziemy tam kogoś, kim byśmy chcieli być jest niewłaściwe. Bo medytacja i oczekiwania nasze to dwie sprzeczności. Ogólnie w duchowości ważne jest PŁYNIĘCIE. Pozwolenie, zgoda na ten przepływ. Bez oczekiwań, bez naszych widzimisię. Niezwykle ważne jest to PODDANIE.

Najpierw ułożenie siebie, ustabilizowanie swojego wnętrza, dopiero potem wchodzenie głębiej w duchowość. Nie należy zastępować psychoterapii duchowością. Tak zaczynałam sama i uważam to za dobrą kolejność. Najpierw psycholog prowadził mnie, uczył emocji, nazywania i zajmowania się nimi. Zadawał mi tematy do pisania, które potem musiałam czytać i mówić o swoich emocjach. Stąd zapewne wzięło się to moje pisanie. Od tamtego czasu wciąż piszę. I ciągle pracuję nad sobą. Od wielu już lat sama. Ale tę bazę zbudowałam na samym początku, z psychologiem. To nic złego korzystać z jego pomocy. Może trudniej trafić na wartościowego, ale to już inny temat.

Pisać może każdy i o wszystkim, ale nie każde pisanie też ma charakter leczniczy. Wyrzucanie z siebie wszystkiego, pisanie o tym, co tylko przyjdzie do głowy, tego charakteru nie ma. Nie ma go też spisywanie każdego dnia i wszystkich tworów Umysłu. Bo jaki sens skupiać się na wszystkim i zaśmiecać swoje wnętrze? Daty moich miesiączek pilnuje aplikacja, nie muszę o tym tu pisać. Pewnie znaleźliby się chętni, aby obserwować co dziś robiłam, czego nie zdążyłam i co mam w planach lub co kto powiedział, ale tu nie o to chodzi, aby z bloga robić kolejne Reality Show. Te twory nie są nam do niczego potrzebne. Trzeba je zauważyć, że są, skąd są i puścić wolno a nie zatrzymywać. A przede wszystkim należy nauczyć się odróżniać głos umysłu od głosu Duszy. Aby słuchać siebie, trzeba być pewnym, że nie słucha się swojego wciąż trajkoczącego Umysłu. Słuchać siebie, to słuchać Duszy – muszę to doprecyzować. To jest właśnie to „ale”. Dusza jest cicha, rzadko coś mówi, zwykle słucha się ciszy. Umysł wciąż produkuje i ciągle ma się coś do powiedzenia, 24h/dobę. Gdyby chcieć to zapisać, to ciężko nadążyć, tyle tego. To UMYSŁ, a nie żaden Wszechświat. Dusza, czasem szepnie jedno krótkie zdanie, podsunie ogólną myśl, obraz lub zarys dający zrozumienie. A potem jest cisza, cisza i cisza. Z Duszą i Wszechświatem nie pogadasz tak, jak z Umysłem. To on nadaje jak katarynka. I zapisywanie tego jest bezcelowe. Wszechświat mówi cicho i mało. Mówi „idź” i wiesz dokąd masz iść, ale nie wiesz po co. I potem spotykasz psy na drodze, którym musisz pomóc, jak ja ostatnio. Jeśli nawet pojawi mi się gdzieś w zasięgu dłuższe zdanie, to jest efektem zrozumienia tego krótkiego przesłania z Duszy, krótkiego tematu.

Aby więc pisanie miało terapeutyczny charakter, musi dotyczyć pracy nad emocjami, nad dostrzeganiem ich, nazywaniem. Kiedy nauczymy się tego, ustabilizujemy siebie i swoje emocje, nasz zabałaganiony umysł, kiedy przepracujemy traumy z przeszłości, wtedy możemy brać się za duchowość. Wtedy trzeba nauczyć się odróżniać głos Duszy, jak już wspomniałam. Bo praca nad sobą przebiega na tych dwóch polach. Na poziomie Umysłu i na poziomie Duszy. Najpierw uporządkowanie Umysłu, potem praca z Duszą. Taka kolejność jest efektywniejsza i pełniejsza. Inaczej robi się bałagan. Jak wtedy, kiedy do księdza przychodzi osoba, która potrzebuje pomocy, bo sobie nie radzi ze sobą i ewidentnie potrzebuje psychologa. Zamiast niego szuka kierownika duchowego, a to nie tędy droga. Ktoś mi kiedyś ładnie powiedział, że kierownictwo duchowe jest dla zdrowych. Wzięłam to do serca i wzięłam się za leczenie swojego wnętrza.

Kolejna sprawa to praca nad przeszłością. Przepracowanie traum czy negatywnych doświadczeń to ważna sprawa, bez dwóch zdań. Dobrze przepracowane bolesne doświadczenia z psychologiem nie wracają do nas w każdej chwili, w niemal każdym tekście i w każdej rozmowie z niemal każdym człowiekiem. Nie epatujemy tymi doświadczeniami. Było minęło. Rozdrapywanie wciąż tych samych ran, ciągłe wracanie do przeszłości również nie ma działania terapeutycznego. Bo dobrze wykonana praca, to rozdrapanie z psychologiem i zamknięcie rany. Czasem zostanie ślad po tym, ale nie wciąż jątrząca się rana, którą próbujemy usprawiedliwiać to, kim dziś jesteśmy.

Bo kiedy wciąż wracamy do przeszłości, to jedną nogą jesteśmy w niej, drugą często w przyszłości. A teraźniejszość? Ta jest jakby między nogami. Tę olewamy, czasem sikając na nią. I tu znów kolejność się kłania. Najpierw przepracować przeszłość, potem zająć się tym, co tu i teraz, bo wtedy najlepiej zadbamy o przyszłość. Jaki sens wciąż tkwić od lat w tym, co przeżyliśmy dawno temu? Dziś już przecież jestem zupełnie inną osobą i nie czuję potrzeby, by tamto mnie identyfikowało, określało. Lepiej stać dwoma nogami w tu i teraz. Nie trzeba bagażu życia nosić wciąż przy sobie. Trzeba umieć go uwolnić i zostawić gdzieś z boku, pamiętając jedynie, że tam stoi i że coś takiego było. Bez bólu i identyfikowania się z tamtymi emocjami. Było, minęło, jestem już kim innym. Nikt z moich czytekników nie wie co przeszłam. I wiedzieć nie musi.

Pięknie jest czasem wspomnieć jakieś przeszłe chwile z błyskiem w oku, ale też i bez uczuć, które nas wiążą z przeszłością. Czyli bez łez, kiedy o tym komuś mówimy. I bez ciągłego wracania do starych traum, które nas uwarunkowują ciągle.

Niewłaściwie przepracowana przeszłość odniesie przeciwny skutek; zamiast pomóc, zaszkodzi nam.

Czasem jesteśmy jak ryba, która widzi zanętę, a nie widzi haczyka. Czasem chwytamy się jak tonący brzytwy. Myślimy, że to nam pomoże, może tamto. Cokolwiek… Byleby walczyć. Po czym poddajesz się i dopiero wtedy widzisz jasno. Kiedy przestajesz walczyć, a zaczynasz działać. I zaczynasz robić co możesz z tym, co masz. Zamiast używać magicznego myślenia i wymyślać coś, czego nie ma jeszcze. Piękna i bolesna lekcja. Oj, bardzo boleśnie się o tym przekonałam sama, walcząc z przewlekłą, bolesną chorobą. Dzięki tej lekcji już wiem, że to myślenie magiczne nic nie wnosi wartościowego. Bo nie pomoże myślenie, że jestem wspaniała, super świadoma, zdrowa itd. Nie pomogą kolejne przymiotniki. Najlepiej w ogóle o nich wtedy zapomnieć. Nie można przegiąć w żadną stronę, w żadne skrajności, nawet te pozytywne.

Jestem jaka jestem. Raz bardziej świadoma, innym razem mniej. Jestem całością, ze światłem i cieniami. I o tę całość chodzi.

Bo prawdziwa magia dzieje się wtedy, kiedy akceptujemy siebie, jakimi naprawdę jesteśmy a nie jakimi byśmy chcieli być. Kiedy ze spokojem dopuszczamy i akceptujemy cień. Bez łez, bez żalu i chęci zmiany na lepsze. Kiedy zrozumiemy, że to żadne bohaterstwo wstać rano i znosić jakoś swoją samotność. Bo bohaterstwo to ją zaakceptować. Tu zamiast słowa samotność można wstawić cokolwiek. I ta akceptacja zmienia w życiu wszystko, całego ciebie. Poddajesz się, przestajesz walczyć i zaczynasz działać. Widzisz wszystko jak jest i dopiero wtedy pojawia się inna perspektywa, inna droga, inne wyjście. Zupełnie inne…

Poddanie – najtrudniejsza lekcja. Najtrudniejsza praca nad sobą.

Umiejętność pracy z emocjami, nazywanie ich, to podstawa. Nie jest nam ona dana przy urodzeniu. Trzeba sobie to wypracować. Od tego należy zacząć pracę nad sobą. Przetwarzanie i wykorzystywanie informacji emocjonalnych zarówno własnych, jak i pochodzących od innych osób, w sposób możliwie najbardziej optymalny. Najpierw zacząć od zrozumienia i zbadania siebie, czyli samoświadomości, by potem uczyć się rozumienia innych i bycia w społeczeństwie. Bycia wśród ludzi bez strachu. Dostrzeżenie własnych emocji i ich zrozumienie nauczy nas je wyrażać. Nauczy nas asertywności. Poprawi naszą samoocenę również. To również informacja dla młodych ludzi, którzy nie wiedzą od czego zacząć, a widzą problem w postaci braku akceptacji samego siebie. Tu akurat myślę o konkretnej bardzo młodej osobie, która nie lubi siebie. Uczenie się własnych emocji i uczuć oraz nierozgraniczanie ich na dobre i złe to świetny początek. O tym niekategoryzowaniu pisałam już wiele razy. O traktowaniu jako lekcję, naukę. Wielu ludzi pisze o kontrolowaniu własnych emocji. Jest to zbędne całkowicie, ponieważ wystarczy w zupełności ich ZROZUMIENIE. Kiedy zrozumiesz i poukładasz, reszta sama przyjdzie. Powoli i w swoim czasie. Wystarczy popchnąć pierwszy element, a reszta zareaguje jak w Domino. Wszystko powoli zacznie się układać. Nawyk kontrolowania w życiu wszystkiego nie jest w moim poczuciu krokiem właściwym. Znacznie lepsze efekty przynosi OBSERWACJA.

Niestety, mamy dziś taki trend, aby wykorzystywać tę umiejętność do kontrolowania właśnie. Często jest to spotykane w biznesie, w technikach sprzedaży. Manipulacja czy techniki perswazji, aby uzyskać to, czego się potrzebuje. Jak skutecznie wpływać na innych? Dużo tego, również w duchowości, w psychologii, nie tylko w marketingu. Bo duchowość dziś to też czasem czysty marketing. Ta manipulacja czasem jest trudna do wychwycenia. Wpływ to jest norma. Wszystko na coś wpływa, tego nie unikniemy. Jednak można z tym grubo przesadzić i zamiast naturalnego wpływu, to ostro manipulować.

W życiu nie chodzi o to, by tych emocji unikać, by je minimalizować, ograniczać. Nie chodzi nawet o to, by zmieniać te gorsze na lepsze, bo nie ma gorszych i lepszych. Chodzi o to, by w kontakcie z drugim człowiekiem zaobserwować swoje własne emocje. Dostrzec to, co się wtedy czuje. Nazwać i dopuścić je. Czy w momencie, kiedy ktoś nas krytykuje, przypadkiem nie pojawia się opór? Czy nie zaczynamy uciekać wtedy, zaprzeczać? Bo nie, ona nie ma racji, jest przecież inaczej. Trzeba przyznać się przed sobą szczerze, czy nie generuje w nas to złości przypadkiem, strachu, czy oporu. Lubię wchodzić w takie sytuacje i obserwować siebie. Innych także, muszę przyznać. Obserwuję gotowość; swoją i rozmówcy. Nie zamykam się na konfrontację, jeśli widzę jakiś cel tego. Jednak nie szukam jej, nie przeprowadzam testów celowo, dlatego mam wyłączone komentarze, ale otwartą małą furtkę, najbardziej w cztery oczy, prywatnie, jak to możliwe w tym przypadku. Wolę tak, jeśli nawet to rozmowa mailowa.

Kiedy widzę, że ktoś nie jest gotowy i długo nie będzie, odpuszczam. Pada STOP i koniec. Kiedy nadarza się okazja i widzę, że to jest TEN moment, to działam i nie waham się. Nie obawiam się wejścia w emocje niższe. Nie obawiam się też krytyki, bo wtedy zwyczajnie obserwuję swoje emocje, rozbieram je na części składowe i analizuję. Często dochodzę do bardzo fajnych wniosków, które są jakimś tam krokiem do przodu, kolejnym dominem. Czasem to brakujące puzzle, mój punkt wyjścia. Choć idę w drugą stronę, to zapoznaję się z innymi argumentami i dopuszczam taką możliwość, dlatego odpowiedzi przychodzą w swoim czasie. Bo staram się być OTWARTA. Nigdy nie zakładam, że rację mam tylko ja. Każdemu więc jestem wdzięczna za konstruktywną krytykę. Przede wszystkim nie uciekam przed nią, zapoznaję się z każdym argumentem. Czasem moi rozmówcy piszą, że nie doczytali do końca moich argumentów i czytać nie zamierzają. Bo już na początku włącza im się opór, którego nie dostrzegają i przez to blokada. Jak podczas debaty nad książką, której jeden z debatujących nawet nie przeczytał i nie zamierza, ale wypowiadać to i owszem. I to była publiczna debata. Uczę się więc także z reakcji innych ludzi, jak ktoś reaguje na przykład na krytykę, lub jak na przytakiwanie. Po tym wiem, na co jest gotowy, a na co nie. Bywa tak, że trzeba powiedzieć STOP i pożegnać się, bo nie jest gotowy na nic. Nie tylko nasze własne reakcje i emocje są lekcją. Reakcje innych też. To też ważna lekcja.

Otwartość na wszystko, w tym też na inne argumenty, to podstawa jak dla mnie. Tak samo reakcja na to, zarówno nasza, jak i rozmówcy. Oboje się uczymy. Siebie, innych i wzajemnego bycia wśród ludzi. W zasadzie, niektórzy chcą się uczyć i są otwarci, natomiast innych blokuje ich własny opór. Czasem jedyną ich odpowiedzią jest: „To nie czytaj, jak Ci nie odpowiada”. Czasem tak bywa, że zamiast otwartości jest mur, którego nie mam zamiaru burzyć. Ot, trudno… Chcesz mur, masz mur, ja wolę co innego…

Wychodzę z założenia, że lepiej stawiać mosty, na których jest miejsce zarówno na światło i na cień, na takie samo spojrzenie i na inne od naszego. Most pełen światła i cieni. Niektórzy narzekają, że są samotni, że nie mają z kim pogadać, znikąd pomocy. A jak trafi się ktoś, kto jest, próbuje pomóc, to nie, bo wolą być klepani po ramieniu. Bo wolą słowa, które im pasują i nie burzą mozolnie wypracowanego wizerunku; wytrwałej, świadomej i wspaniałej istoty. Wybierają sobie ze wszystkiego to, co potwierdza ich rozumienie czegoś. Nie mogę powiedzieć, że tego nie rozumiem, bo rozumiem, jednak nie popieram. Bo dla mnie ten most, to porozumienie, też musi być pełne. Pełne czyli całościowe. Całość to światło i cień; zgoda i niezgoda. Moje zdanie i Twoje zdanie.

Właściwego człowieka w swoim życiu poznaję po reakcji na krytykę. Skrytykuj kogoś, merytorycznie oczywiście i rzeczowo, a poznasz czy warto mu zaufać. Ktoś taki nie odepchnie Cię, nie obrazi się, zapozna się z Twoimi argumentami. Odpowie ci, zamiast ignorować. Ci, którzy prosto z mostu do mnie mówili, byli najlepszymi w życiu nauczycielami. Oczywiście mowa cały czas o konstruktywnej krytyce a nie o ciosach poniżej pasa, aby zadać tylko ból i wypchnąć na wierzch swoją rację. Jakieś słowo czasem zabolało, bo czasem prawda boli. Czasem ten opór, odpychanie czegoś jest sygnałem, któremu należy przyjrzeć się bliżej. Zapamiętaj, że tylko ten człowiek jest Twoim przyjacielem, który nigdy nie powie ci tego, co chcesz usłyszeć, a to, co powinieneś usłyszeć. Bo tak naprawdę nie ma ani przyjaciół, ani wrogów. Są tylko nauczyciele. Tylko jego będzie na to stać, żeby uruchomić w tobie tę lawinę lub domino, jak kto woli. Powie ci to, co cię czegoś nauczy, ale czasem to zaboli. Powie nawet wtedy, jeśli sam dostanie po głowie. Bo równowaga nie jest wtedy, kiedy słuchasz tylko tego, co ci się podoba. Równowaga, to czasem słońce, a czasem deszcz.

Kiedy ktoś ci powie, że masz problem z alkoholem, nie zawsze będzie oznaczać to, że jesteś alkoholikiem. Może masz z tym problem, mimo iż nie pijesz alkoholu w ogóle, bo ktoś z rodziców pił lub współmałżonek. Nie zawsze ktoś trafi w punkt, jednak dotknie jakiejś części, gdzie ta prawda jest, a którą dotąd odpychaliśmy od siebie i nie chcieliśmy dopuścić. Czasem trzeba się otworzyć na wszystko i w konsekwencji iść na terapię DDA lub Al-Anon. I przyznać, że jednak mam problem, mimo że nie piję.

Kiedy ktoś zarzucił mi brak pozytywnego myślenia i generowania dobrych rzeczy, otworzyłam się na te słowa i właśnie dlatego zrozumiałam to, co zrozumiałam i o czym piszę wkoło. Bo jedna kostka domina uruchomiła cały ciąg lekcji i zdarzeń. Wystarczyło tylko nie zaperzać się, nie odpychać, nie stawać okoniem, tylko zastanowić się, jaka jest prawda. Bo prawda jest właśnie taka dokładnie, że tak rozumiane myślenie pozytywne i magiczne jest mi obce, co wyjaśniałam wiele razy. Bo inaczej rozumiem magię. Potem tylko zrozumiałam, dlaczego jest tak a nie inaczej. Przyszły argumenty, odpowiedzi, kolejne pytania i kolejne odpowiedzi.

Tak to działa. Czasem potrzebny jest solidny kopniak w dupsko, czyjaś krytyka, czyjeś argumenty, ten jeden impuls, jedno słowo, żeby zrozumieć pewne rzeczy. Dobry nauczyciel nie boi się dać uczniowi porządnej lekcji, choćby i bolesnej. Kiedy jednak uczeń nie jest gotowy na lekcje, to nauczyciel odchodzi. Wróci, jak będzie gotów.

Często jednak jest tak, że zamiast szukać obiektywnej prawdy, szukamy argumentów na potwierdzenie naszych słów. Kiedy tego nie dostajemy, stawiamy ten mur, zamykamy się na zdanie inne niż własne. To nic złego, jeśli po głębokiej analizie i otwarciu na każdy argument, wyjdzie na nasze. Nic złego jak na nasze nie wyjdzie. Jednak najpierw trzeba się otworzyć i nie szukać kto ma rację a kto nie ma, tylko gdzie jest prawda.

„Bo prawda nie ma nic wspólnego z tym, czy się ma rację czy nie. Prawda polega na patrzeniu głębiej. Jeśli mimowolnie zakładasz, że ktoś ma rację, to znaczy, że nie patrzysz głębiej. Nad prawdą ciągle trzeba pracować, a racja to dogmat, w który się nie zagłębia. Żadnych pytań, żadnej dyskusji. Masz rację i już. Ale prawda to coś, do czego nigdy nie jesteśmy w stanie dotrzeć, bo zawsze można spojrzeć głębiej, znaleźć coś więcej, więcej zrozumieć. Od myślenia, że się ma rację, zaczynają się dogmaty. Poszukiwanie prawdy polega na patrzeniu głębiej, na znajdywaniu więcej i na uczeniu się na nowo. Dlatego uznajemy to, co się dzieje, szukamy, docieramy głębiej, poznajemy. Niczego nie ukrywamy.” – Ajahn Brahm.

Praca z emocjami i uczuciami, praca nad swoim wnętrzem uczy nas pewności siebie. Nie pychy. Pewności takiej, że jeśli nawet coś pójdzie nie tak i zrobimy jakiś błąd, to wiemy wtedy, że to jedynie lekcja, nie spadek naszej wartości. Wydobywamy wtedy z siebie naszą wartość, ukrytą gdzieś głęboko, przykrytą kurzem, nie odkrytą jeszcze. Praca ta pozwala wyjść do ludzi bez lęku, bez strachu. Niezależnie od tego czy jest się introwertykiem czy ekstrawertykiem. Bo introwertyk wcale nie czuje się źle wśród ludzi, z niego tylko szybciej ucieka energia. To nieprawda, że nie lubi ludzi. Jest po prostu koneserem. Praca ta więc pozwala bez obaw wejść w kontakt z drugim człowiekiem. Bez strachu, że ktoś może odtrąci, nie zrozumie. Bez lęku, że może sam zrobić coś źle, bo wie, że to go czegoś nauczy.

Bo jeśli boisz się bycia wśród ludzi, źle się czujesz w dużych grupach, boisz się odezwać, napisać komentarz, wysłać maila i czasem zaryzykować ten błąd, powiedzieć komuś coś prosto w oczy, to znaczy, że Twoja praca nad sobą się dopiero zaczyna. Nie jesteś jeszcze gotowa/gotowy. Nie masz zbudowanego fundamentu. Dopiero masz plan budowy domu. Jeszcze niczego tak naprawdę nie zaczęłaś/nie zacząłeś.

I trzeba pamiętać, że ten fundament, to coś, do czego ciągle będziesz wracać.

Bo równowaga to matka wszystkich lekcji.

To są doświadczenia ostatnich dni i obserwacje, jakie poczyniłam w kontaktach z ludźmi. To oczywiste, że ktoś mi te lekcje ostatnio dał. Te informacje zdobyłam dzięki konkretnym doświadczeniom i dzięki konkretnym osobom. Wiele z tych słów próbowałam Moniko Tobie przekazać. Myślę również, że wyjątkowo mogę to zrobić, ten jeden raz tutaj, na własnych zasadach. Aby mieć pewność, że zrobiłam wszystko, co mogłam.

Jednak to są moje lekcje, moje doświadczenia, dlatego lądują tu. Nie jest ważne czy ktoś coś zrozumie. Być może chaos dalej będzie chaosem… Ważne czy rozumiem to ja. Tu nie tak o innych chodzi, jak o mnie i moje zrozumienie. Bo dobrze wiem, że moje słowa nie pomogą komuś, kto nie jest gotowy.

Dopiero teraz mogę zamknąć pewien etap i iść dalej.

STOP


„Jeśli jesteś gotowy być słaby, jesteś bardzo silny” – Shunryu Suzuki.