Czy można kochać zwierzęta i jeść mięso?

Takie pytanie znalazłam na jednym z blogów. Musiałam na nie odpowiedzieć. Oczywiście w sobie właściwy sposób i na swoich zasadach.

Nie zabijaj – mówi Biblia i wiele innych religii czy filozofii. Buddyzm jednak nauczył mnie czegoś ważnego. Mianowicie tego, że życie i śmierć jest z nami tu i teraz obecna. Czy tego chcemy, czy nie. Nie sposób pominąć tego aspektu, jakim jest śmierć. Choćbym nie wiem jak się starała, ona będzie. W mojej świadomości czy poza świadomością. I nie mam wyjścia, jak to zaakceptować. Idąc po trawie, depczemy nieświadomie małe istotki. Wielu takich sytuacji w ogóle nie jesteśmy świadomi. Wypalając trawy też przecież zabijamy. Śmierć nas dotyczy, zawsze z nami jest. Zabijamy nieświadomie. Zgnieciemy pająka przez przypadek. Muchy tłuczemy w domu, bo siadają na jedzenie. Temat śmierci i lekcje, jakie w związku z tym dostaję, nieustannie mnie zaskakuje.

Brutalność, bycie bezlitosnym, knucie, krzywdzenie przyjaciół, nieczułość, arogancja i chciwość — to czyni człowieka skażonym, nie zaś jedzenie mięsa. Niemoralne zachowanie, odmowa spłacania długów, oszukiwanie w interesach, powodowanie podziałów między ludźmi — to czyni człowieka skażonym, nie zaś jedzenie mięsa.

Āmagandha Sutta

Poza tym, jak można przeczytać na stronie Dhamma.pl, jesteśmy owszem odpowiedzialni pośrednio za zabijanie istoty, to samo jednak tyczy się jedzenia warzyw. Dalej:

Rolnik musi spryskiwać swoje plony środkami owadobójczymi i truciznami, aby warzywa, które pojawiają się na twoim talerzu nie miały w sobie dziur. Co więcej, zwierzęta zostały zabite, aby dostarczyć skóry do twojego paska czy torebki, tłuszczu do mydła, którego używasz, a także do tysiąca innych produktów. Niemożliwe jest życie bez bycia w pewien sposób odpowiedzialnym za śmierć innych istot. Jest to zatem inny przykład Pierwszej Szlachetnej Prawdy — zwykłe istnienie jest pełne cierpienia i niezadowolenia. Kiedy przyjmujesz Pierwsze Wskazanie, starasz się unikać bycia bezpośrednio odpowiedzialnym za zabijanie istot.

Mięso nie tylko jest źródłem kłopotów, ale daje nam także korzyści, których nie da się zastąpić czymś innym. Przekonałam się już o tym poprzez doświadczenie. Mówię tutaj o witaminie B12, koniecznej do życia. Są owszem ludzie, którzy zdają się być przystosowani do niejedzenia mięsa i od dziecka nie przejawiają żadnych chęci. Nie znaczy to automatycznie, że każdy człowiek tak może.

Nie jadłam mięsa przez ponad 3 lata, ani mleka, twarogu, jogurtu. Na początku było super. Potem z biegiem czasu robiłam się słaba, brakowało mi sił. Kiedy przeszłam na bezglutenowe posiłki i częściowo wegańskie, zaczynały się totalne schody w dół. Po dwóch miesiącach opadłam z sił całkiem. Straciłam apetyt całkowicie. Plus taki, że ładnie chudłam i szybko. Maż się wkurzył i kazał jeść. Kiedy całkiem spadłam na samo dno, nie miałam wyjścia, poddałam się i zaczęłam jeść gluten. Siły wracały.

Kiedy 4 lata temu w moim domu pojawił się buddyjski nauczyciel Murray Corke z Wielkiej Brytanii wraz ze swoim przyjacielem Jankiem Mieszczankiem z sanghi Uśmiech Buddy, byłam zdziwiona słowami, że zjedzą wszystko, cokolwiek przygotowałam. Zapytałam więc czy nie są wegetarianami? Sądziłam, że buddyści nie jedzą mięsa. Odparli, że teoretycznie nie jedzą mięsa, ale jest coś takiego jak szacunek. Potrzebowałam 4 lat, aby zrozumieć te słowa. Przygotowałam obiad wegetariański specjalnie dla nich i ta chwila była jedną z najlepszych lekcji w życiu. Nauczyła mnie równowagi. Była początkiem, tym pierwszym krokiem do zrozumienia czym równowaga jest. Poznałam świat roślin, warzyw. Poznałam sposoby na przygotowanie różnorodnych potraw. To był czas wegetarianizmu i intensywnej nauki, doświadczania, cennych błędów. Dopiero po tych 4 latach zrozumiałam kolejną lekcję, jaką dali mi chłopaki. Mianowicie, że równowaga jest zgoła czymś innym niż sądziłam.

Jeszcze raz bardzo Wam dziękuję.

Po poznaniu różnych skrajnych dróg, przyszedł czas na zrozumienie równowagi.

Potrzebowałam tych 4 lat na to, żeby zrozumieć, że to bez sensu jechać ze swoim jedzeniem do kogokolwiek, kogo odwiedzam. Lekcja buddyjskiego nauczyciela nie poszła na marne. Musiałam jednak dojrzeć do tego, żeby jeść to, co podadzą przez szacunek do gospodarza domu. Oczywiście nie jest tak, że jem wszystko, bo w polskich rodzinach jest kilka a czasem kilkanaście rodzajów mięsa podanych na przeróżne sposoby. To ono niestety króluje na stole. Jednak przez szacunek zaczęłam jeść. To była moja równowaga. Potem zauważyłam, że zaczynają wracać mi siły, zaczynałam czuć się silniejsza, bardziej zrównoważona. Zaczęłam zastanawiać się czy nie szkodzą mi przypadkiem moje własne przekonania. Wegetarianizm niesamowicie dużo mnie nauczył, ale to nie była moja droga. Nigdy nie czułam, że mogę określić się taką etykietką wegetarianina czy weganina. Spróbowałam wszystkiego i zdobyłam masę doświadczeń, które pozwoliły mi zbliżyć się bardziej do równowagi. Zbliżyć dlatego, ponieważ jeszcze jej nie osiągnęłam. To trudne dziś, zdobyć mięso od szczęśliwej krowy czy świnki. Masowe produkcje jedynie dla zysku są w ogromnej przewadze. A dzisiejsze wędliny, to szkoda gadać.

Czytałam kiedyś książkę „Złoto Gór Czarnych” Krystyny i Alfreda Szklarskich. Podejście Indian do życia i mięsa bardzo mi się podobało. Jedli, żeby przeżyć. Każdemu zwierzęciu dziękowali i przepraszali je za to, że muszą je zabić. Tyle, żeby przeżyć i wykarmić rodzinę. Wzięłam z nich przykład i też dziękuję, przepraszam. Kiedy wchodzimy dziś do sklepu, widać wyraźnie, jak dzisiejszy świat odbiega od równowagi. Zwierzęta są tuczone i trzymane w klatkach. Nie znają wolności ani innego życia. Mięsa w sklepach jest chyba najwięcej w różnych postaciach. Jego wartość też odbiega od normy. Kiedy byłam dzieckiem, widziałam szczęśliwe prosiaczki, taplające się w błotku. Krowy głaskane także przeze mnie i równie szczęśliwie biegające po pastwiskach. Miałam to szczęście rosnąć w takim środowisku. W sklepach nie było takiego wyboru. Chciałeś jeść, trzymałeś świnki, krowy, kury i konia, żeby pomógł w gospodarce. Wyjazdy z dziadkiem do mleczarni o 4.00 nad ranem. Najpiękniejsze chwile to te, kiedy mogłam pomagać przy zwierzętach. Tak, wiem, że bardziej przeszkadzałam dziadkowi, ale wydawało mi się, że pomagam, ciapiąc ziemniaki dla świnek, pomagając przy koniu, plącząc się przy jego nogach, pod nogami czy przy zadku. O każdą sztukę się dbało, szanowało. Masowe produkcje, tylko dla tuczu, kasy i zysku były wtedy rzadkością. Jakość mięsa wtedy a dziś to dwie różne sprawy. Nic dziwnego, że dziś mięso szkodzi, kiedy najbardziej liczą się zyski. Jaka jest energia takiego zwierzęcia, które nie zna słońca, wybiegu, głaskania, miłości?

Są takie głosy, aby nie uzależniać dzieci od samego początku i nie uczyć jedzenia mięsa. Jak dorosną, to sami wybiorą. Po latach doświadczeń stwierdzam jednak, że taka droga to też jest rodzaj uzależnienia. Uzależnia się je wtedy od własnego podejścia, własnych wyborów, własnych decyzji, pozbawiając je czegokolwiek. Ludzie ciągle myślą, że uda im się wyjść z jakiegoś programu, z uzależnienia. Tymczasem rezygnujemy z jednego uzależnienia, wpadając w drugie. Z jednego programu wchodzimy w drugi. Trzeba do tego zrozumieć czym jest to życie tak naprawdę. I poluzować swój ciasny umysł. Poluzować ciasne spodnie i ciasne poglądy. Wyluzować totalnie. Poza tym, różnice osobowościowe wychodzą już w młodym wieku. Od początku widać czy osoba będzie mięsożercą, czy nie. Czy będzie lubić mleko czy totalnie nie. Przynajmniej tak się zdarza. Jedna z córek od początku miała problem z mięsem i nigdy nie chciała spróbować żadnej wędliny. Są dzieci, które nie chcą tknąć mleka od początku. Córka jadła niewiele mięsa, a dziś nie je wcale. Od razu wiedziałam, że rośnie mi wegetarianka. Zaakceptowałam to. Nie chcę przez to powiedzieć, że trzeba dzieciom dawać co chcą i wszystko, bo to też nie jest dobre wyjście. Można uczyć zdrowych nawyków od początku, podając różnorodne produkty, jednak w zdrowszej wersji. Nie uczyć jedzenia wędlin, a mięso samodzielnie przygotowane. Nie rezygnować ze słodyczy, jednak podawać słodkości z ksylitolem czy erytrolem, na miodzie. Nie robić tragedii jak zje gdzieś zwykłe ciasto na białym cukrze. Jeśli dzieciak wzdryga się na widok mięsa i nie widać po nim żadnych negatywnych skutków braku mięsa, nie widzę sensu, aby oponować. Każdy z nas jest inny. Jeden jest przystosowany do surowego jedzenia, inny do wegetarianizmu, inny musi jeść mięso.

Dla każdego równowaga oznacza co innego. Trzeba znaleźć własną. Ja swoją równowagę już chyba odnalazłam, muszę tylko dopracować. Niektórych uzdrowi dieta witariańska, innym zaszkodzi. Trzeba umieć znaleźć swój złoty środek. Zgodzę się tutaj z Anetką, że każdy z nas ma pewien program wbudowany w nas w momencie przyjścia na ten świat, swoje przeznaczenie. Bo nasze ciała to nie tylko chemia czy biologia. Właśnie tak. To także energia. Temat, który mnie ostatnio prześladuje wręcz. Czy jedzenie może mieć energię? Wszystko ma energię. Wszystko jest energią. To jest jednak temat, który dopiero zaczynam zgłębiać i doświadczać. Wiem natomiast, że muszę słuchać siebie. Jeśli czuję, że coś mi szkodzi, to na bank zaszkodzi. Stąd taka decyzja a nie inna. Stąd takie poglądy, że życie to choroba śmiertelna i najwyższy czas odpuścić, podejść na luzie również do jedzenia.

Nie ma jednej dobrej drogi dla wszystkich. Nie ma jednego systemu żywienia dobrego dla wszystkich.

See my ID, ID, ID, you can be you and I’ll be me…